|
|
niedziela, 22 styczeń 2012, 22:34
|
Byłam i ... wróciłam...
Jakoś nie mam czasu, żeby pozbierać to wszystko... i wpisać...
Po łepkach nie ma szans... a na długo brakuje czasu...
Zbiorę sie na pewno...
Pomyślę nawet o odrębnym blogu...
|
|
Komentarzy:
0
|
|
sobota, 16 lipiec 2011, 00:32
|
Dzisiaj postanowiłam już napisać. Tyle czasu zajmją mi codzienne obowiązki, że nie miałam ani 10 minut, żeby skupić się i napisać co leży mi na sercu i w jakim kierunku tym razem biegną moje myśli nieposkładane.
Pierwsza wiadomość jest taka: Mój „SZKOLNY” się ożenił. I myślę, że spokojnie mogę pisać bezemocjonalnie bo nie będziemy się widzieć. Ostatnim czasem świadomie ochłodziłam nasze relacje bo po co mi wciągać się w kolejną pułapkę bez wyjścia. Za to nie wiem jak będzie jak zobaczymy się F2F i jak zauważę obrączkę na jego palcu. To znaczy wiem… zachowam kamienną twarz, pogratuluję, a w środku serce i rozum będą bić się o przetrwanie.
Byłam w Bułgarii na wczasach szkolnych. Szkoda wracać bo połowę urlopu spędziłam w towarzystwie zatrucia, przegryzając sucharki i popijając wodą mineralną. Brak komentarza.
Spotkałam się i wróciłam do starych dobrych czasów. To już nasz nieodłączny rytuał. To była tylko jedna noc w przelocie przygotowań do wyjazdu ale znaczyła dla mnie bardzo dużo.
Ostatnie dwa wieczory to na zmianę gorycz porażki i brak wiary w ludzi, złość, zniechęcenie i niesamowita przykrość, że ludzie których uważałam za dobrych znajomych nie ufają mi i robią śmieszne tajemnice. Dodatkowo rozczarowałam się naszym „Grusią” i nie wiem co mam o tym myśleć.
Dziś to było spotkanie po roku milczenia z BB. I już pierwszym zdaniem rozłożył mnie na łopatki, moja złość za jego milczenie prysnęła jak bańka mydlana. Powiedział „.. w samochodzie nie mówiłem, żeby słuchać waszych głosów i przywołać wszystkie wspólne wspomnienia… tu był dobry czas..”. Gadaliśmy tak jakbyśmy tydzień temu rozeszli się na nowy tydzień pracy, jakby nie dzieliły nas setki kilometrów i dziś… kontynuowaliśmy nasze rozmowy. Bez zażenowania, bez skrępowania, na luzie… to prawdziwa przyjaźń, a jak nie przyjaźń to nierozerwalna więź, która sprawia, że na myśl o tamtych wakacjach słowa wypowiadane są na pełnym uśmiechu i z błyskiem w oku. Nie wiem… brakuje mi słów, żeby opisać to uczucie… napełniło mnie wiarą, że warto wierzyć w ludzi i czekać, bo dobre dni które minęły na zawsze wyryły się w naszej pamięci… i związały nas na zawsze.
Dzisiaj jestem uskrzydlona, głowę ogarniają tylko ciepłe myśli, energia - naładowana pozytywnie, gotowa do podjęcia wyzwań które przyniesie mi nowy dzień…
A kolejne dni przyniosą mi… miesięczną wyprawę życia, wyprawę do Peru. To już pojutrze rozpocznę podróż na koniec świata…
Nie...to nie jest pożegnanie... A może jednak?
|
|
Komentarzy:
1
|
|
niedziela, 26 czerwiec 2011, 18:34
|
|
|
Komentarzy:
0
|
|
niedziela, 02 styczeń 2011, 16:25
|
Usiadłam przy biurku.
Zastawiona zeszytami, papierami, sprawdzianami...
testami i maturami do poprawy nie mogę się za nic zabrać.
Włączyłam sobie muzykę, w tle jakieś reggae z Bednarkiem na czele, takie optymistyczne, kołyszące, a z drugiej strony przerażający widok nadmiaru biurokracji i jutrzejszy 12 godzinny maraton. Nie wiem jak się zmobilizuję. Nie lubię wracać do szkoły po takim wolnym bo dzieciaki też mają niemiłosiernego lenia nie do wytępienia. Co prawda już kilka lat sama nie zakuwam i nie ślęczę nad książkami, z nadzieją, że jednak nikt mnie nie zapyta na następnej lekcji, ale z tej drugiej strony biurka przygotowywanie się do lekcji wymaga codziennej mobilizacji. Ależ mi się nie chce.
Minął Sylwester… bez szału. Zostałam zaproszona na domówkę. Zapowiadała się impreza nauczycielska. Miał być ON – SZKOLNY. Niestety nie przyszedł, podobno rozłożyła go choroba. Dowiedziałam się na wejściu i… byłam rozczarowana. Widocznie tak miało być. Inna para też nie dopisała, co było dla mnie dziwne, dlatego w małolicznym gronie przywitaliśmy Nowy Rok 2011. Wesoło było, nie brakowało tematów do rozmowy, jak na gospodynię całkiem przyzwoicie.
Duuużo alkoholu, mało jedzenia sprawiło, że wczoraj nie podniosłam głowy z poduszki. Kac – GIGANT. Pierwszy raz coś takiego mi się przydarzyło. Miałam dreszcze, żołądek odmawiał mi posłuszeństwa i całe ciało miało mnie gdzieś. Dopiero po 16 w miarę postawiłam się do pionu.
Zapowiedziani goście, Lucy i Luk (heh, tak na siebie mówią) zjawili się tuż przed 18. Strasznie sympatyczni ludzie. Lucy to moja współspaczka z akademika więc znamy się na wylot, nie wiem która z nas była większą wariatką, generalnie uzupełniałyśmy się i dogadywałyśmy się bezbłędnie. Jej przyszły mąż przesympatyczny chłopak i rozmawiało mi się z nim na luzie, jakbyśmy znali się od lat, a widzieliśmy się dopiero drugi raz.
No więc przyjechali do mnie z …WEZWANIEM wraz z osobą towarzyszącą w roli ŚWIADKA… na ich ślub i wesele. Świetny pomysł na zaproszenie ślubne, właśnie taki odpis wezwania dostałam, hihi. Jestem zaskoczona i jest mi miło, że mimo tego iż nasze drogi się trochę rozjechały pamiętamy o sobie. W końcu życie akademickie to najlepszy wspólny czas;). No więc balujemy za miesiąc, a w najbliższy piątek podejmujemy wyprawę po ostateczną wersję sukni ślubnej.
|
|
Komentarzy:
3
|
|
poniedziałek, 27 grudzień 2010, 21:54
|
Mój blog powinien mieć tytuł... Myśli sfrustrowanej desperatki:(
Zawiesiłam się w jakiejś takiej cholernej pustce... bez perspektyw, z ogromnym zapleczem papierów i obowiązków...
|
|
Komentarzy:
1
|
|
sobota, 25 grudzień 2010, 22:05
|
Kolejny rok dobiega do końca. Trwają święta Bożego Narodzenia, magiczny czas radości i zadumy. Dużo się wydarzyło przez ostatni miesiąc. Moja kochana przyjaciółka urodziła córeczkę 11 grudnia. To były dla niej ciężkie chwile, miała przy sobie męża i moje duchowe wsparcie. Urodziła się moja imienniczka, można byłoby powiedzieć kruszynka i nie jest to niestety; ) adekwatne do jej rozmiarów. Wszystko to co najgorsze minęło, teraz ten mały skarb cieszy swoich rodziców i właśnie spędza z nimi swoje pierwsze święta. A mnie ta sytuacja jakoś tak wzruszyła, że stałam się bardziej płaczliwa, ledwo powstrzymałam się jak wybrałam się do szpitala. Zobaczyłam zmęczoną mamę, która przez ból uśmiechała się do mnie, w oczach były takie inne iskierki dumy i ulgi, że już po wszystkim. Zobaczyłam królewnę, która spała sobie smacznie robiąc prześmieszne miny, nieświadoma całej sytuacji. Moje imię nabrało dla mnie dodatkowego znaczenia, jestem dumną ciocią i obiecuję, że jeśli tylko będę potrzebna to … będę.
Moje myśli jak zwykle zaplątały się niemiłosiernie, czego można byłoby się innego spodziewać. Odbyły się wigilie klasowa i ta właściwa. Na klasowej też ledwo powstrzymywałam się od płaczu. To ostatnie takie nasze spotkanie. Mijają trzy lata i znów wszystko zacznie się od nowa. Z nimi naprawdę było dobrze, wypracowaliśmy wzajemny szacunek, tolerancje i przestrzegaliśmy wspólnie wyznaczone zasady. Już nie musiałam powtarzać po 100 razy co wolno, a czego nie wolno, rozumieliśmy się bez słów.
Na tej drugiej wigilii było dziwnie… nie piłam… i pewnie dlatego nie mogłam się wpasować w towarzystwo. Nawet nikt nie zauważył, że wyszłam wcześniej. Dziwnie… nieobecnie, krępująco, z brakiem tematów do rozmowy.
Świąteczne przygotowania nie pozwalają na łapanie dołków bo nie ma na nie czasu. Wczorajsza wigilia w rodzinnym gronie była, po raz pierwszy od wielu lat, NORMALNA. Super było. Nikt się nie popisywał, nie przekrzykiwał… a to naprawdę wielki sukces.
Północka jest dla mnie specjalnym przeżyciem. Śpiewane kolędy, chór i cała ta oprawa świeczki, bombki, choinki, łańcuchy i ten kościelny półmrok sprawiają, że na całym ciele mam ciarki, oczy mam wiadomo w jakim stanie… wyjątkowo. Nostalgicznie, z lekkim uśmiechem, oddechem, i z podziękowaniem za miniony, szczęśliwie rok.
Zostaje tylko jak zawsze ta nutka iskrzącej się nadziei na spełnienie…
|
|
Komentarzy:
0
|
 |